Index ¦ Archives ¦ Atom

Moja przygoda z linuxem.

Rozdział I.

lamuch^2

Moja przygoda z LINUKSEM rozpoczęła sie w 2002 roku wraz z zakupem w empiku 8 płytowego debiana woody (także żaden ze mnie linuxowiec). Wcześniej walczyłem przez krótką chwile z mandrakiem, który złośliwie nie chciał się zainstalować.

8 płytowy debian, bez internetu. Tylko z gazetką dołączoną do tych płytek i dużą ilością samozaparcia.

Pierwsza instalacja przeszła pomyślnie i uzyskałem miły konsolowy świat. Automat nie poradził sobie z X'ami. Ja nie zrażając się jednak, mając plecak doświadczeń DOS'owych dirowałem, cedekowałem przez odmęty katalogów.
Ach ale frajda :-) .

Później jednak chciałem mieć te X. Kto by pomyślał, wystarczyło dpkg-reconfigure wpisać. Nie nie. Ja tak łatwo nie miałem. Ja reinstalowałem cały system. Teraz się z tego śmieje, wtedy to była frajda.

Za 3 instalacją, zadziałały X. Ah, wmaker rządził. Później znalazłem aptitude. Czary mary! Pakiety są w debianie, no kto by pomyślał :) . Mój system stał się jak ociosana siekierą ławka. Paskudny, ale spełniający swoje zadanie.

Wtedy nadszedł internet. Z hukiem posypały się manuale, howto, społeczności.
Zapragnąłem mieć muzykę. Moja k7vza opierała się. Żaden tam autokonfig, żadne tam sterowniki. Poszukiwania i determinacja! Znalazłem, ale instrukcja była dziwna, modproby, i inne dziwne rzeczy, jednak parę godzin, znów determinacja. Mój debian grał, wyglądał, miał nawet gadugadu :) .
Tak skończył się pierwszy etap mojego linuxiorstwa.

** Rozdział II.**

Debian na prezydenta!

Następnym etapem był „serwer” czyli komputer mający działać cały czas, serwujący www, domeny, i tak dalej. Wybór był prosty, posiadany przeze mnie debian. Instalacja już wielokrotnie powtarzana :-) była obczajona, później dostosowywanie usług, wraz z internetem, to była już czysta przyjemność, trwało czasem dłużej, jak coś było niezrozumiałe, ale pani góglowa, oraz pan hałtu, pomoże na wszystkie problemy.

Debian był tak niezawodny że nawet po padzie dysku wstał z backupu szybciutko, nawet po zmianie sprzętu działał szybko i niezawodnie.

** Rozdział III.**

Ubuntu.

Trzeci i ostatni etap to ubuntu.

Spotkałem go przypadkiem, dostałem na Cebicie w prezencie :) , mówie, musi być fajny. Zainstalowałem. Podczas instalacji słuchałem radyjka internetowego, siedziałem na gg zamiast oglądać niebieski ekran.

Po instalacji było wszystko. Bez instalacji sterowników, bez fajerwoli, bez antywirusów. Wpadłem :) Zaskoczyło mnie jak wykryło sterownik firewire, i kamerę do niego podłączoną bez mojej ingerencji. To jest porządny system. W porównaniu do poszukiwań w głębokiej puszczy komend itp.

Linux to jest to. Ubuntu to jest to.

Oto moja historia, troche nawet więcej niż to o co prosiłeś, tak jakoś mi się napisało ;-) pozdrawiam pl

© Piotr Lemiesz.