„Alicja w krainie czarów 3D” reż. Tim Burton #19/2010

Posted on 25th Kwiecień 2010 in Książki

W ramach hackowania systemu zliczania książek, postanowiłem dodać też film na którym byłem w kinie!

Opis szczegółowy

Zatem, zacznijmy od początku: Film oglądnięty w multipleksie, w okularach 3D. Powód: po pierwsze chciałem zobaczyć w końcu jak się ogląda coś 3d, a po drugie – trzeba w końcu było się dokulturować. Film wybrany niestety drogą eliminacji, z aktualnie granych, bez szczególnej miłości do tego tytułu, albo reżysera. No może ze względu na schizofreniczną twarz John’ego Deep’a – która przypominała mi Fear and Loathing in Las Vegas.

„Recenzja”

Sam film, można trywialnie podsumować: alicja powraca do krainy czarów, żeby pokonać dżaberłoka w chwarny dzień. Jakkolwiek brzmi to dziwacznie, tak właśnie jest.

Moje odczucia

W trakcie samego filmu, który oglądałem z polskim dubbingiem, okazało się że jest to film bardzo przyjemny. Kwiecisty językowo, dobrze zrealizowany, bez, hmm, nie wiem czy nie obrażę kogoś – szczególnej głębi. W sumie należy to zrzucić też może trochę na to, że ma być to film również dla dzieci. Wizualnie też wspaniale zrobiony – pozwala zagłębić się i delektować się wymyślonym światem, bohaterami – poprzeplatanymi prawdziwymi aktorami i wymyślonymi sztucznymi. Osobiście film mi się bardzo spodobał, i polecam.

O samej stronie 3d kina słów kilka

Co do samej technologii 3d. Trochę sceptycznie nastawiony zakładałem fazorskie okulary. Na początku trochę przestraszony trailerami, które rozmazywały się z powodu zbyt szybkich ruchów na ekranie i chyba nieprzyzwyczajeniem mojego mózgu.

W samym filmie, po pewnym czasie przestałem zauważać że coś jest 3d – może fajnie było widzieć twarze lekko wypukłe, ale nie stanowiło to szczególnego plusa wizualnego. W momencie dużych zmian na ekranie, mój dziurawy mózg słabo składał 3d sprzedawane przez ekran kinowy – i jakoś to nie było zbyt fajne. Dlatego dla nie – żadna rewelacja, oprócz nowości. Więcej nie pójdę na 3d film raczej, bo 2d już czasami jest zbyt kwiecisty wizualnie, a co do tego jeszcze dodać wypukłości na ekranie…

comments: 0 » tags: , , ,

„Public relations a demokracja” Teresa Święćkowska #14/2010

Posted on 2nd Kwiecień 2010 in Książki

Książka nr 14. Źródło biblioteka. Wybór nieprzypadkowy – w sensie przypadkowy, ale na półce „biznesowej”. Moje postanowienie czytania 1 książki biznesowej na miesiąc, miało zostać zaspokojone tym tytułem.

Okazało się, że jest to książka akademicka, lub jak kto woli naukowa. Wstęp z definicjami, przypisy i źródła. Przypisy czasem zajmowały więcej niż pół strony.

Odzwyczaiłem się trochę od książek naukowych, od ich języka, wnikliwości i kompletności. Dlatego też trochę na początku męczyłem się z książką, w szczególności że okazało się, że moje oczekiwania – aby wgłębić się w PR, okazały się niezaspokojone, bo książka raczej wgłębia się w dokładne wytłumaczenie historii, określeń, genezy, oraz aktualnego stanu. Sama definicja jest zawarta skrótowo.

Jednak przepłynąłem przez całą książkę, nie bez problemu, kilka fajnych rzeczy zostało mi w głowie – jedna ciekawostka – czemu PRowcy są fajni dla firm? Bo czasem lepsza wiedza od PRowca, niż od nikogo. Na przykład, gdyby dziennikarz miał się dowiedzieć czegoś o hucie szkła i technologi, sposobie pracy i tak dalej samodzielnie, to by chyba zakwitł z radości, a tak, pójdzie do PRowca, ten mu da gotowe materiały, które ten może wykorzystać. Czy to ważne że będą one odpowiednio spreparowane pod dostawce tej informacji? To nie istotne – bo ważny jest news, a nie to, żeby przekazać wiedzę, zbadać temat.

Jest w tej książce kilka właśnie takich smaczków, i warto ją przeczytać, aczkolwiek zrazić się idzie oczywiście akademickością tej książki – która jest po prostu wymagana prawdopodobnie, bo jest to pewnie praca naukowa.

„tak ukochana” Melania mazzucco #12/2010

Posted on 18th Marzec 2010 in Książki

Kolejna książka. 12 – wyprzedzam plan :) mamy 11 tydzien roku!Okładka książki

Źródło: biblioteka, przypadkowo trochę wybrana książka. Przerażała mnie grubość, i tematyka (biografia kogoś z początku 20 wieku). Jednak srodze się zawiodłem na swoim nosie. Książka jest mocna, dobrze napisana, wciągająca.

W sumie można by ją podsumować – książka o parunastu latach życia Annemarie Schwarzenbach osóbki z początku wieku przeszłego. Jednak w książce siadamy na rolercoster jej przeżyć, jej życie z toksyczną matkę, w jej niedostosowanie, jej miłostki i pustkę wewnętrzną, kryzysy. Styl pisania książki wciąga, przeskoki w których rozpaczliwie łapiemy się fabuły, opisy tak dogłębnie wysycającę  wyobraźnie, że nawet nie przerywałem pomimo silnego niewyspania.

Książka jest smutna. Nie ma happy endu. Ma sad end. Ale happy end to wymysł hollywood,  a życie nie jest takie miłe.

Czytając książke, cały czas zastanawiałem się, jak tak fajnie usytuowana (córka potentata jedwabiu) może wieść tak nieszczęśliwe życie. Jednak gdzieś głęboko, każdy z nas ma jakieś takie wewnętrzne niezadowolenie, brak komfortu w pewnych sprawach, bagaż doświadczeń i oczekiwań, i właśnie tą strunę – ta książka drażni, wydając nieprzyjemny dzwięk nonkomformizmu…

Wrzuciłem okładkę – widziałem tak u Marcina na blogu – spodobało mi się. Będę starał się wrzucać. Oprócz tego, jeszcze fotografia pani Annemarie. Sam wygląd jest taki niepokojący w swojej specyfice… Tak samo jej charakter, życie, biografia. Niepokoi i porusza.

Widzę że wielu ludzi pozytywnie, w podobnej nucie wypowiada się o tej książce – recenzję i opinie można przeczytać tutaj.

Samą książkę, można oczywiście kupić, o choćby tutaj – kurcze chyba zapiszę się do jakiegoś programu partnerskiego, skoro opisuje książki, to czemu nie miał bym ich polecać linkiem prostym… Zobaczymy…

Tymczasem tyle o książce. Naprawde warto przeczytać.