Luty 28, 2010

Książki

(No comments)

Książka biznesowo-rozwojowa, źródło: biblioteka.

Książka najeżona cytatami, tekstami motywacyjnymi, poradami.

Fajnie opisuje jak powinno zostać się liderem: nie z nadania, nie z błogosławieństwa, tylko z głębi serca, stosując wiele przyjaznych metod. Właśnie te metody, są tam wnikliwie opisane. Wręcz by można tą książkę trochę dawać jako przykład, jak powinno ogólnie się zachowywać, bo właśnie często brakuje różnych wartości, wizji, podejścia, wśród współczesnych ludzi.

Książka wybrana przeze mnie nie dlatego, że chcę zostać liderem (w sumie to niby czego?) a ze względu na jej darmowość, i cel czytania jednej książki „biznesowej” czy tam selv developingu, raz na miesiąc, co czasem jest dobrym podrapaniem po głowie.

Książka wydana już jakiś czas temu, ale gdyby ktoś zastanawiał się nad jej wartością, to polecam jak najbardziej do kupienia, przeczytania, jako „biblia” zasad.

JAK NAUCZYĆ SIĘ RYSOWAĆ BEZ ZBĘDNEGO PŁACENIA ZA KURSY.

wpis gościnnie przez Agnieszkę*

Dziś opiszę kilka kroków, jak prostym sposobem nauczyć się rysować.

Mam świadomość, że te kroki, nie dla każdego będą idealną drogą, ale po prostu potraktujcie to jako „drogowskazy”.

Po pierwsze motywacja.

Żeby zacząć rysować wystarczy na początek sama chęć do rysowania, zainteresowanie tym tematem. Można wejść na strony na których możemy podziwiać dzieła innych ludzi (np. digart), którzy już jakąś wiedzę (mniejszą lub większą) w tej dziedzinie posiedli. Możemy zaznajomić się z komentarzami na tych stronach w ten sposób tworzy nam się w głowie jakiś obraz teoretyczny na tematy estetyczne.

Po drugie – próba sił.

Drugi etap jest trudniejszy gdyż sama wiedza zaczyna nam doskwierać. Chcemy już coś zrobić z naszą wiedzą teoretyczną  – przelać ją i sprawdzić w praktyce na papierze, czy coś już umiemy, czy jednak musimy się jeszcze więcej naładować teoretycznie.

Niezależnie od tego, warto jest spróbować coś narysować na początek coś łatwego np. drzewo. Znajdźmy sobie coś w internecie na wzór i patrząc na to spróbujmy to narysować. Nawet jeśli nie będzie podobne to co narysowaliśmy do oryginału nie zrażajmy się, „zmarnujmy” 10 bloków rysunkowych, ale już przy jedenastym zauważymy poprawy.

Jeśli już drzewo wyjdzie na tyle, iż stwierdzimy że nam się podoba  możemy przejść na bardziej zaawansowane poziomy rysowania: dodajemy cienie, liście, owoce itp. itd.. Takie dzieło możemy później podziwiać i z dumą mówić że coś sami zrobiliśmy, do czegoś doszliśmy.

Po trzecie – Nie zrażać się.

Ten etap jest moim zdaniem najtrudniejszy. Łatwo jest zaprzestać dalszych ćwiczeń. Zaczyna nas irytować że rysunki często wychodzą nie tak jakbyśmy chcieli (można rzec że bardzo często). Ale na tym polega samozaparcie, jak mówi przysłowie „Trening czyni mistrza”. Sprawdziłam to na sobie. Naprawdę można.  Nie wolno się poddać. Nawet najlepszym rysownikom prace nie zawsze wychodzą. Jak mawiał mój Sensei „Dobrego rysownika/malarza poznać po tym że jego prace nigdy mu się nie podobają”.

Po czwarte, piąte… Ćwiczyć.

Dużo ćwiczyć, dzielić się swoimi osiągnięciami, dyskutować. Dzięki temu, mamy motywację, mamy też odbicie tego co robimy, bo ludzie wbrew pozorom lubią sztukę i ładne rzeczy.

Nawet gdy jest to dla nas trudne, warto ćwiczyć, bo w cokolwiek inwestujemy nasz czas, zawsze się to zwróci. A 10 minut dziennie przez 10 lat to 600 godzin nieprzerwanego treningu!

Na zakończenie

Chciałabym wszystkim życzyć jak najwięcej sukcesów, w czymkolwiek tego sukcesu potrzebujecie. Ja lubię rysować, i powyższą drogą osiągnęłam poziom z którego jestem zadowolona (zobacz moją internetową galerię), a moi znajomi/rodzina wieszają z radością moje rysunki u siebie w domach :-)
Powyższy opis  może odnosić się do każdej dziedziny życia. Jakie byśmy nie wymarzyli sobie hobby, stosowanie tych zasad jest przydatne do osiągnięcia perfekcji w tym co robimy.

Aga

* Agnieszka Lemiesz – artystka i miłośniczka wszelkich zwierząt w szczególności koni i psów rasy akita. Zafascynowana kulturą i sztuką Japonii. Prywatnie moja żona. (dopisek P.L.)

Nawiasem mówiąc to 100 wpis HURAAAA ;-)

Czym jest digital fingerprinting przeglądarek.

Najogólniej mówiąc: przeglądarka gdy mówi do serwera: „daj mi taką a taką stronę” mówi też kilka ciekawych rzeczy. Gdy serwer zapyta jeszcze o kilka szczegółów typu rozdzielczość, czy tam fonty w systemie – oczywiście po to żeby mógł wyświetlić odpowiednią wersję strony – przeglądarka wysyła bardzo dużo informacji.

Gdy zapisze się te informację razem, okaże się że dosyć dużo informacji spowoduje, że taka przeglądarka stanie się całkowicie unikatowa i identyfikowalna, nawet bez całych wielkich zabiegów z ciasteczkami, czy tam innymi metodami utrzymania sesji.

Ludzi mających zboczenie na punkcie swojego bezpieczeństwa i prywatności, taka informacja może przerazić, że dana strona może wiedzieć że to dokładnie my, i często wracamy z różnych miejsc (różnych IP).

Dla zwykłego użytkownika, nie jest to mocno zatrważająca informacja, bo przecież dla zwykłego użytkownika, całe zaplecze techniczne, nie ma zbyt dużego znaczenia, bo ma po prostu działać.

Jednak warto mieć świadomość, że takie coś może doprowadzać, do wykorzystywania i tworzenia na przykład długoterminowego targetowania behawioralnego na przykład w sklepie internetowym, w którym często kupujemy. Taki sklep może bardzo dokładnie badać nasze preferencje, i tworzyć nasz profil.

Nawet nie próbuje sobie wyobrażać, co by się stało gdyby jakaś duża firma, albo kartel jakiś stron, dzielił się takimi informacjami…

Jak się przeciw temu bronić? Kilka wtyczek typu NoScript bardzo skutecznie zabija przejawy odpytywań o różne właśnie specyficzne informacje, dzięki czemu stajemy się troche zaciemnieni.

Ja osobiście dowiedziałem się o tym ze strony https://panopticlick.eff.org/ gdzie można kliknąć w „test me” i zobaczyć jaki procent ludzi ma taki sam odcisk palca. U mnie okazało się że byłem całkiem unikatowy.

Ciekawe czy to ktoś wykorzystuje przeciwko mnie….

Luty 19, 2010

Książki

(No comments)

Książka większego formatu. W kontekście oczywiście treści przekazywanych. Na okładce reklamowana jako „biblia alterglobalistów”.

Źródło: biblioteka publiczna. Przypadkowo znaleziona, później przypomniałem sobie że nawet tak nazywa się pokolenie „no logo”, więc postanowiłem przeczytać, pomimo że cienka nie jest.

Na początek cytat, trochę nawet mówiący o charakterze książki:

Teoria marketingu zajmuje się przede wszystkim sposobami zaszczepienia konsumentom fałszywych pragnień – nakłaniania nas do kupowania rzeczy, które są dla nas szkodliwe, zanieczyszczając planetę i zubażają nas duchowo.

Reklama jak powiedział kiedy  George Orwell to bełtanie kijem w wiadrze z pomyjami”

Sama książka traktuje problemy: no logo, no choice, no job. Czyli jak marketing, korporacje powodują poprzez swoje działania i chęć zysku wiele zjawisk społecznych. Poczynając od wyzysku ludzi w krajach trzeciego świata, aż po zwyczajne zabieranie nam wyboru przez duże supermarkety, które decydują na podstawie swojego „widzi mi się” ograniczają dostępność różnych produktów określonych firm.

Książka wnikliwie opisuje różne aspekty, które warto jest poznać. Nawet jeśli nie rusza cię to czy buty które nosisz, uszył chińczyk przymuszany do katorżniczej pracy, albo głodne dziecko w nielegalnej fabryce, warto wiedzieć, i poznać procesy.

Świadomość różnych procesów w otaczającym nas świecie, daje mi osobiście poczucie większego bezpieczeństwa i swojego miejsca w świecie, dzieki czemu potrafię świadomie i dogłębniej podejmować decyzję. Nie twierdze że jestem wielce tam oświeconym konsumentem, i za każdym razem kupując ciuchy (lub inne rzeczy) utożsamiam się z ucieśnionymi i kupuje z lokalnych fabryk. Czasem kupuje tam gdzie jest mi wygodniej/taniej/szybciej.

Jednak, gdy wiem, że pewne rzeczy dzieją się w związku z moim konsumpcjonizmem, staram się robić rzeczy aby jeszcze bardziej nie pogarszać świata.

Nie mam wygodnej recepty na rozwiązanie, i książka „No logo” wcale tej recepty nie daje. Opisuje różne działania, i organizację, ale pod względem teoretycznym. Praktycznej drogi nie wskazuje, bo na pewno taka relatywnie prosta metoda nie istnieje. Książka działa jak taki drogowskaz moralny w pewnych aspektach konsupcyjnych, i tak należy ją traktować.

Naprawdę warto ją przeczytać.